piątek, 18 marca 2016

A Ty? Jakim typem czytelnika jesteś?





Jak pewnie większość z Was dosyć aktywnie udzielam się na facebooku - i może również jak Wy - należę do kilku grup dyskusyjnych, w których głównym tematem są książki. Na każdej z nich w dość regularnych odstępach czasu pojawia się i niczym bumerang powraca retoryczne pytanie "Kim jest DOBRY czytelnik?", po którym zwykle zaczynają się licytacje. Czy jestem lepszy, bo czytam więcej? A może nie liczy się ilość, a jakość i wielbiciel harlequinów tak naprawdę nie powinien nazywać się czytelnikiem? Czy ktoś, kto nie trzymał w dłoni książki od x miesięcy ma prawo twierdzić, że je kocha? I czy czytanie na "kundelku" to faktycznie czytanie?


Im dłużej uczestniczyłam w tych facebookowych sporach, tym częściej zastanawiałam się czym dla mnie jest  "uzależnienie od książek" i jakim ja sama jestem czytelnikiem. Pierwotnie post ten miał być TAGiem   (jak tu , tutaj albo tam ), ale że próbuję być konsekwentna i uniknąć "zalania" bloga  tego typu zabawami (które lepiej się ogląda niż czyta) to pozwoliłam sobie na drobną jego modyfikację. Tak powstał post, w którym powiem Wam kilka (naście? dziesiąt?) słów o mojej "czytelniczej rutynie".
Zainteresowani? :)



Czytam wszędzie. I pisząc to mam na myśli dosłownie WSZĘDZIE. Oczywiście chciałabym mieć tysiące wolnych godzin i móc czytać tylko w domu, najlepiej pod ciepłym kocem, z late macchiato w dłoni i psem na kolanach, ale...
Ja to wiem i Wy to wiecie, dlatego trzeba się przystosować. Zmuszona przez rzeczywistość nabyłam umiejętności, których nie powstydziłby się nawet akrobata z Cirque de Soleil. Czytam w metrze, na stojąco, siedząco, a nawet "chodząco". Sprawnie omijam przeszkody w postaci drzew czy innych ludzi; nie potykam się o własne nogi (co jest dosyć zabawne, bo zdarza mi się to w sytuacjach tzw. "normalnych", gdy nic nie rozprasza mojej uwagi). Czytam w poczekalniach u dentysty i w sklepowych kolejkach. W samochodzie, autobusie i na wycieczkach, a także  - jak na każdą przykładną studentkę przystało  - na wykładach. Rzecz jasna tylko na tych, które przytłaczają swą niesamowistością ;) Staram się nie być bezczelną i nie czytam na ćwiczeniach, co jednak nie przeszkadza mi w skrobaniu w zeszycie nowych postów na bloga. Hipokryzja? Podwójna moralność? Może trochę... ;)




Jestem wielką fanką bibliotek. Należę do dwóch, przy czym ta mniejsza jest - o dziwo - lepiej zaopatrzona, a nowości pojawiają się w niej w trybie ekspresowym. Dzięki ich istnieniu mój portfel nie wydał jeszcze ostatniego tchnienia, a ja jestem w stanie poruszać się w miarę sprawnie po swoim pokoju. Kupuję tylko te książki, które będę czytała wielokrotnie. Powieści ulubionych autorów biorę w ciemno, a te, co do których nie mam pewności najpierw sprawdzam w bibliotece. Uważam, że kupowanie książek "jak leci", bo są tanie, bo promocja, bo milion pięćset sto dziewięćset innych powodów jest lekko bez sensu. Nie razi Was widok tych, które okazały się koszmarkami, a które zalegają na Waszych półkach? Cóż, mnie razi. Dlatego powoli i konsekwentnie, z wielką precyzją, tworzę własną biblioteczkę, w której znajdą się same perełki.  Co prawda robię to w żółwim tempie, ale nie od razu Rzym zbudowano, prawda? :)




Czytam wszystko. Nie mam ulubionego gatunku, a wybierając książkę rzadko sugeruję się opinią innych. Zazwyczaj czytam opis z tylnej okładki i kilka przypadkowo wybranych zdań z różnych stron. Zauważyłam pewną zależność  - im słabsza książka, tym lepszy ma "tylny opis" i w drugą stronę - te fantastyczne zwykle mają kiepskie opisy (przykład? Powieści Jodi Picoult, którą uwielbiam. Gdybym opierała się na tym, co zostało naniesione na tylną okładkę to pewnie nigdy nie poznałabym jej twórczości). Stąd właśnie to moje czytanie "w środku".  Bardzo ważny jest też dla mnie początek powieści - ma intrygować i zaostrzać apetyt na więcej. Co mi po książce, która przynudza już na starcie?




Mam pewną dziwną i dosyć uciążliwą przypadłość (czy też może nawyk?). Zawsze kończę książkę, którą zaczęłam. ZAWSZE. Nawet kiedy czytam koszmarek, nawet kiedy mam ochotę walnąć nim o ścianę, nawet gdy niemal mdleję z nudów przy czytaniu. Jestem masochistką? Być może ;) Kiedyś spróbowałam odłożyć książkę, która była, łagodnie rzecz ujmując, nudnawa. Nie wyszło. Czułam w stosunku do niej wyrzuty sumienia, bo czyż to jej wina, że jest beznadziejna? No właśnie. 
Wiecie jednak, co potwierdza regułę? Oczywiście, że wyjątek. U mnie też taki się zdarzył. Mniej więcej rok temu sięgnęłam po trylogię dość popularnej polskiej autorki. Przeczytałam dwie części, mimo że już w połowie pierwszej zaczęłam zgrzytać zębami. Trzecią też zaczęłam, a jakże. Próbowałam, naprawdę próbowałam i starałam się ją skończyć, ale poległam. Była tak nudna, tak głupia (przepraszam, ale to prawda), tak mdła, tak nijaka i tak zła, że mimo najszczerszych chęci i duszy wojownika nie dałam rady. Niestety. 





Kocham zapach książek (tak, wącham książki i tak, jestem raczej normalna). Nie lubię audiobooków, a do e-książek nie jestem przekonana. Absolutnie nie chcę krytykować czytników czy umniejszać ich wielbicielom, sama jestem zdania, że to świetny wynalazek. Niestety - nie dla mnie. Muszę czuć książkę, muszę przewracać strony i podziwiać okładkę. Chcę móc oglądać ją na swojej półce i w razie potrzeby układać z niej kompozycje (nie pytajcie :D ). To prawda, że taka książka trochę waży, jednak i tak codziennie dźwigam w torbie tyle kilogramów, że te dodatkowe 500 g naprawdę niczego nie zmienia. Zawsze będę fanem papierowych wersji. Żeby nie było, że się mądrzę, a nawet nie spróbowałam - zaczęłam czytać "After you" Jojo Moyes
w wersji elektronicznej. I... Nie. Nie, nie potrafię. Jak by to absurdalnie nie zabrzmiało - po prostu zapominam, że mam tam (w telefonie ;) )  coś do czytania. Raz na jakiś czas mi się przypomina i wtedy faktycznie podczytuję kilka stron, ale co to jest? W takim tempie nie skończę jej nawet za rok. I to nie dlatego, że jest nudna, a dlatego, że nie pamiętam, że w ogóle jest. 



Mogłabym pisać jeszcze o wielu sprawach. O tym, że choć lubię jeść przy czytaniu to raczej tego nie robię. Że choć uwielbiam kawę, to z książkami najlepiej komponuje się herbata. Że nie mogę przekonać się do polskich autorów, a Sparks wcale nie jest mistrzem romansów. Mogłabym, ale ten post  
i tak jest długi, a Wy pewnie zmęczeni jego czytaniem. Mam skłonność do rozgadywania i rozpisywania się, cóż na to poradzę. Dziękuję, jeśli wytrwaliście do końca i rozumiem, jeśli tego nie zrobiliście. Następnym razem będę się "streszczać".
A w każdym razie - spróbuję ;)



18 komentarzy :

  1. Jak dla mnie możesz pisać i pisać, bo piszesz ciekawie, a o książkach mogłabym czytać w nieskończoność! :) Każdy kto czyta, nieważne co i nieważne jak, samym faktem że czyta ma u mnie wielkiego plusa! Podziwiam, że książki doczytujesz do końca, ja gdy mnie historia nie wciąga nie potrafię się męczyć. Szkoda czasu na coś co mnie nie interesuje, gdy ten czas mogę poświęcić innej historii! No i ja od niedawna jestem wielkim miłośnikiem czytników.Ich wielkim plusem jest natychmiastowa dostępność do wszystkich książek. Odkąd czytam e- booki nagle czytam więcej i o wiele lepsze książki, na które kiedyś miesiącami potrafiłam czekać w bibliotece :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa :) Też lubię czytających ludzi, a już czytający mężczyźni mają u mnie +100 do atrakcyjności. Czytnik ma mnóstwo plusów, a najważniejszy chyba jest ten, że bez problemu można mieć na nim zagraniczne powieści, których w Polsce nie doczekamy się przez kilka ładnych lat, a które w wersji papierowej są koszmarnie drogie. Gdybym kierowała się samą tylko logiką to byłabym największą fanką czytników. A tak... Jest jak jest ;)

      Usuń
  2. Również kocham wąchać książki i nie lubię audiobooków. Lubię biblioteki, ale rzadko znajduję w nich to co chcę.
    Ja także mam skłonności do rozpisywania się, nie streszczaj się, w każdym razie - nie próbuj! :)
    Buziaki,
    StormWind z bloga cudowneksiazki.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piątka! :) Skoro mam oficjalne przyzwolenie na pisanie kilometrowych postów to... bajecznie! Nie będę się powstrzymywać :D :)
      Pozdrawiam cieplutko :)

      Usuń
  3. Faktycznie, szkoda, że nie podzieliłas tego postu, bo super rzeczy piszesz :D dla mnie Sparks mistrzem też nie jest... Również uwielbiam papierowe i też zapominam o e-bookach na tel czy komputerze xD Jodi uwielbiam (choć dawno nic jej autorstwa nie czytałam), ale ksiązek złych nigdy nie czytam do końca. Po prostu szkoda mi życia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też jest szkoda na nie życia, ale poczucie obowiązku (???) jest silniejsze :D Sparksa zdecydowanie lepiej się ogląda niż czyta. O ile lubię filmy nakręcone na podstawie jego książek, to same książki już do mnie nie przemawiają. Jodi jest świetna! :) Polecam Ci także Diane Chamberlan, którą nazywają "Jodi Picoult amerykańskiego Południa", a zwłaszcza "Zatokę o północy", "Tajemnicę Noelle" i "W słusznej sprawie" - na pewno się nie zawiedziesz ;)

      Usuń
  4. Uwielbiam wąchać książki :) I nie znoszę audiobooków, nie umiem się wcale skupić na opowieści.
    Justyna z livingbooksx.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdy byłam dzieckiem i były wakacje to zawsze z utęsknieniem czekałam na moment, w którym pojadę z mamą do księgarni po nowe podręczniki - miały tak piękny, specyficzny zapach <3 :D

      Usuń
  5. Ja chcę więcej!
    Czytanie tego postu sprawiało mi taką przyjemność... Dopóki nie doszłam do końca ;;
    Czemu wszystko zawsze musi się kończyć? :c
    Pozdrawiam i zapraszam na nową recenzję,
    Isabelle West
    Z książkami przy kawie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oooooo, jak mi miło, nie masz pojęcia <3 :)

      Usuń
  6. Ja tam wącham książki bardzo rzadko, ale od tego momentu mam takie malutkie postanowienie, że każdą nową książkę będę wąchać :D Również nie lubię audiobook'ów
    http://maasonpl.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każda pachnie inaczej, potwierdzona informacja! :)
      Pozdrawiam ;)

      Usuń
  7. Hej

    zapraszam do odwiedzenia

    http://hictas.blogspot.com/


    oraz do wzięcia udziału w ankiecie dotyczącej marzeń

    http://www.survio.com/survey/d/N5B5S1O5W5G2A8V7I

    w razie pytań lub ogólnej chęci porozmawiania, jestem bardzo otwarta na wszystko pod mailem:

    hictas@o2.pl

    OdpowiedzUsuń
  8. Co do e-bookow to tez nie jestem ich wielka fanka. Czytam, kiedy naprawdę spodoba mi się książka, a w mojej bibliotece niestety nie ma jej jeszcze :/ wtedy tylko to mnie ratuje. Ale mimo to, książki fizyczne zawsze są lepsze ;)
    natchniona-slowami.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie np. jest szkoda wydać pieniądze na niematerialną książkę, taką, której fizycznie nie mam. Poza tym uwielbiam też je układać i po prostu oglądać, dlatego u mnie również papier zawsze wygrywa ;)

      Usuń
  9. Czytam, tak jak Ty. Wszędzie. Zazdroszczę ludziom, którzy czytają piętnaście książek miesięcznie, mnie niestety średnio udaje się przeczytać tylko cztery. Czemu? A bo mam przyjaciół, o których chcę dbać. Mam chłopaka, którego kocham i niejednokrotnie porzucam lekturę, żeby się z nim spotkać, mam (miałam, niedługo znów będę miała)szkołę, mam też pracę, i zwyczajne ludzkie obowiązki i potrzeby. Czasu na czytanie mam mało, dlatego chwytam każdą wolną chwilę, w przerwie, w poczekalni do dentysty. Dużym ułatwieniem, osobiście bardzo przypadł mi do gustu ten wynalazek, jest czytnik. Dużo łatwiej i szybciej mi się czyta. Ale, ale, uwielbiam czuć zapach, kształt i strukturę książki, dlatego z tradycyjnej, papierowej wersji NIGDY nie zrezygnuje. Uwielbiam też książki w domu, pięknie się one prezentują, no po prostu lubię dom, w którym są książki. Korzystam z bibliotek, bardzo często, bo mam wiele wydatków, nieco ważniejszych od książek. Zaraz, zaraz?! Too takie są? Oczywiście. Jedzenie, prąd, woda, czynsz.. Dlatego książki kupuję rzadko i tylko te, które naprawdę muszę mieć. Mam pomysł na fajną biblioteczkę i dążę, powoli, do jej utworzenia. Nie mam jednego gatunku, czytam wszystko, ale najbardziej lubię kryminał połączony z wątkiem romantycznym. A najbardziej na świecie kocham Norę Roberts. HEJT, HEJT, HEJT. Okej, może nie jest to literatura wysokich lotów, możecie to krytykować, ale ja zawsze przy jej lekturze zapominam o bożym świecie, uspokaja mnie, niesamowicie wciąga i przynosi ulgę w trudnych chwilach. Daje mi wszystko czego chcę od książki. I taak, zawsze czytam książkę do końca, bez względu na jej jakość. Nie potrafię zostawić jej samej sobie, bo mam wyrzuty sumienia. Trafiłam na kilka męczących mnie książek, ale przez nie przebrnęłam. Trochę się rozpisałam, ale lubię pisać, więc nie będę Was za to przepraszać. :D

    http://www.uwielbiamczytac.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja lubię tak długie komentarze <3
      Czytanie jest fajne i warto czytać, ale właśnie - nie kosztem całego życia, rodziny czy przyjaciół. Też nie wydaję na książki milionów, kupuję tylko te, które wiem, że pokocham. Na całą resztę szkoda mi i miejsca, i pieniędzy - od czegoś przecież są biblioteki, prawda? :)
      Za Norę nie mam zamiaru Cię hejtować, kim ja jestem, by rzucać kamieniem? Halo, lubię "After" i nie nienawidzę "Zmierzchu" :D
      Huhu, miło mi poznać kogoś, kto jest takim samym masochistą jak ja, kogoś, kto czyta ZAWSZE do końca :)

      Usuń
    2. Kilkakrotnie naprawdę miałam ogromną ochotę rzucić jakąś tam książkę w kąt i nigdy więcej nie mieć z nią styczności. Ale, na szczęście, zdarzyło mi się to tylko kilka razy.
      PS. Oczywiście wytrwałam i je w końcu i tak doczytałam.

      Usuń

Każdy komentarz to kolejna cegiełka w tworzeniu tego bloga. To jak, pomożesz? ;)

Wykonała Ronnie