sobota, 26 marca 2016

RECENZJA - "Ostatnie dni Królika" Anny McPartlin





Są takie książki, które można czytać po raz wtóry i za każdym kolejnym razem coraz bardziej przeżywać zawartą w nich historię. Są książki, do których pragnie się wracać i które trzeba polecać każdemu. Które zostawiają nas w stanie emocjonalnej agonii i zamieniają nasze oczy w potoki nieprzerwanie płynących łez. I w końcu są książki, o których chce się pisać i rozmawiać.
"Ostatnie dni Królika" są właśnie jedną z nich.


  Mia Hayes ma czterdzieści lat, nastoletnią córkę i raka w stadium terminalnym. Ma również szaloną rodzinę, która nie chce i nie potrafi pogodzić się z jej coraz prędzej nadchodzącą śmiercią. Juliet, jej córka, spróbuje oszukać rzeczywistość. Molly, żwawa staruszka i Królicza matka za cel postawi sobie znalezienie cudownej terapii, a brat wróci z trasy koncertowej, by podjąć decyzję, która zszokuje wszystkich, włącznie z nim samym. Choroby nie da się jednak oszukać i Mia, zwana Królikiem, trafia do hospicjum, w którym spędzi swoje ostatnie chwile, otoczona bliskimi, pewnym gwiazdorem i wspomnieniami.



Chyba po raz pierwszy brakuje mi słów, by opisać swoje emocje. Jestem zdruzgotana. Uwielbiam tę książkę, a jednocześnie nienawidzę. W jej trakcie płakałam i śmiałam się, śmiałam się i płakałam, aż w końcu sama nie wiedziałam czy mam ochotę szlochać, czy chichotać. Od pierwszych stron wiedziałam, że czeka mnie wspaniała lektura, ale to, co zafundowała McPartlin przerosło moje oczekiwania. Uwielbiam w niej wszystko (no, może prócz niemożliwego do uniknięcia tragizmu), a najbardziej chyba bohaterów drugoplanowych. Nie zrozumcie mnie źle, bardzo polubiłam tytułowego Królika, ale powieść stworzyła tak naprawdę ta reszta, która na swój sposób próbowała poradzić sobie z odejściem Mii.  Uwielbiam ich, a najbardziej Johnnego, którego nawet trudno jest nazwać bohaterem drugoplanowym. Skradł moje serce, a później wyrwał je z piersi i spalił na popiół w kominku. Płakałam za Johnnym, płakałam z rodziną Mii, płakałam za Królikiem i z powodu niesprawiedliwości losu. Opłakiwałam utracone szanse i zniszczone marzenia, szlochałam za niedoszłą gwiazdą rocka, która zgasła nim tak naprawdę miała szansę zalśnić pełnym blaskiem. Wylałam morze łez i jestem naprawdę szczęśliwa, że powieść tę czytałam w domu, bo inaczej spaliłabym się ze wstydu. Bo czy ktoś, kto wybucha śmiechem, a za moment wyje w poduszkę może uchodzić za normalnego...?



 Gdyby nie była to jedyna powieść Anny McPartlin, która została wydana w Polsce i którą miałam okazję przeczytać to bez chwili zastanowienia powiedziałabym, że to jedna z moich ulubionych autorek. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, bym twierdziła, że "Ostatnie dni Królika" od dziś trafiają na moją listę "Top of the top".  Bardzo często okładkowe rekomendacje przekłamują rzeczywistość i obiecują gruszki na wierzbie. W przypadku "Ostatnich dni Królika" obiecywały "emocjonalny rollercoaster". I tym razem mówiły prawdę.




22 komentarze :

  1. Muszę ją kupić, bo wszyscy ją zachwalają!

    http://k-a-k-blogrecenzencki.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koniecznie! :) Sama planuję niedługo uszczuplić swój budżet (który i tak jest już mocno nadwyrężony) i kupić ją w oryginale.

      Usuń
  2. Ciekawa książka!
    Na pewno nabędę! :)
    Wesołych świąt, kochana! ♥♥♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawa to mało powiedziane :) Dziękuję i wzajemnie :)

      Usuń
  3. Wiele dobrego słyszałam o tej książce, właśnie głównie to, że gruchota serce i miażdży emocjami. Mam w planach! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gorąco polecam, mnie zachwyciła od pierwszej strony i dość niecodziennej rozmowy matki z córką ;)

      Usuń
  4. Przeczytałam juz kilka recenzji tej książki i prawie wszyscy się nią zachwycali, więc muszę zobaczyć o co ten caly szum :-)
    Pozdrawiam
    zapoczytalna.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wzbudza wiele emocji, a jeśli właśnie to liczy się dla Ciebie w książkach to na pewno Cię urzeknie ;)

      Usuń
  5. Gdzieś już słyszałam o tej książce, może się skuszę. :D
    Przemawia do mnie ''emocjonalny rollercoaster''.
    Wesołych świąt!
    Całusy,
    StormWind z bloga cudowneksiazki.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podobno była dość popularna zaraz po premierze, więc bardzo możliwe, że gdzieś Ci mignęła.
      Dzięki za życzenia i wzajemnie, Tobie również życzę wesołych, spokojnych i pysznych ( :D ) świąt ;)

      Usuń
  6. To kolejna tak pozytywna recenzja tej książki. Mam ją w planach :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zazdroszczę Ci, chciałabym móc przeczytać ją po raz pierwszy :<

      Usuń
  7. I są takie ksiażki, które po prsotu musisz przeczytać. I właśnie taką są "Ostatnie dni Królika" :)
    http://ksiegoteka.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, to właśnie taka książka ;)

      Usuń
  8. Zauważyłam, że znaczna większość książek kręci się wokół raka, chorób i innych pasożytów. Mimo wszystko mam szczególną ochotę na „Ostatnie dni królika”

    Świetny blog! Zostaję na dłużej :D
    Pozdrawiam cieplutko ♥
    http://sleepwithbook.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, wiadomo, to temat, który zawsze się sprzeda :/ Chociaż "Ostatnie dni Królika" to moim zdaniem jedna z lepszych książek poruszająca ten problem.
      Dzięki za miłe słowa, to miód na moje niespełnione pisarsko serce ;) <3

      Usuń
  9. Mam tą książkę u siebie, ale nigdy nie było okazji, żeby po nią sięgnąć. Muszę to szybko zmienić :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma na co czekać, jestem pewna, że się nie zawiedziesz ;)

      Usuń
  10. Nigdy jeszcze o tej książce nie słyszałam, ale zaciekawiłaś mnie swoją recenzją, więc chyba po nią sięgnę! Wydaje się ciekawa! :)


    Pozdrawiam,
    http://miedzypolkami-ksiazki.blogspot.com/2016/03/misja-ivy.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam z całego serca ;) Mam wrażenie, że to jedna z tych powieści, która masowo czytana jest tylko bezpośrednio po premierze, a później niestety ginie wśród nowości i nikt już o niej nie słyszy. A szkoda.

      Usuń
  11. Nie wiem, czy w polskiej blogosferze jest ktoś, kto by nie pokochał tej książki. Jest wyjątkowa i cudna, mimo że temat jaki porusza nie należy do łatwych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To chyba zasługa stylu Anny McPartlin. Sposób, w jaki pisze o śmierci (i ogólnie o tragediach) przypomina mi nieco ten Roberta Benigniego w "La vita e bella", który smutek nakazuje przeganiać śmiechem.
      W każdym razie z niecierpliwością czekam na kolejne książki tej autorki, poszperałam już w sieci i znalazłam kilka (wydanych już w Stanach) perełek ;)

      Usuń

Każdy komentarz to kolejna cegiełka w tworzeniu tego bloga. To jak, pomożesz? ;)

Wykonała Ronnie