wtorek, 11 czerwca 2019

RECENZJA - "The Brightest Stars. Pożar zmysłów" Anny Todd




Był czas, gdy uwielbiałam "AFTER" i gdy twierdziłam, że OBOWIĄZKOWO przeczytam każdą książkę Anny Todd.
Tyle że później nadszedł czas "Nothing more", które było złe i nudne, i bardzo słabe. Nie spisałam wówczas pani Todd na straty i z nadzieją czekałam na "The Brightest Star", całkiem  nową serię z całkowicie nowymi bohaterami.
I wiecie co?
TA KSIĄŻKA
TO
KOSZMAR.



Karina ma 20. lat, mały domek kupiony za własne oszczędności i ojca-wojskowego, z którym niezupełnie się dogaduje. Doskonale znająca cienie armii dziewczyna obiecuje sobie, że za nic nie zwiąże się z żołnierzem.
Los ma dla niej jednak inny plan.
Kael trafia do niej z przypadku, a Karina niemal od razu odkrywa, że na jego spiętych barkach spoczywa ogromny ciężar. Szybko daje się też porwać namiętności i w oka mgnieniu traci dla Kaela głowę.
Tyle tylko, że ten nie powiedział jej wszystkiego.
A tajemnice... Tajemnice lubią wychodzić na jaw wtedy, gdy najmniej się tego spodziewasz. 





Jestem tak okrutnie rozczarowana, że nawet nie wiem, co mam powiedzieć (i napisać ;) ). Gdybyście spytali mnie, o czym była ta książka, miałabym OGROMNY problem z odpowiedzią. Niby mamy romans, ale nie do końca, bo pasji w nim tyle co w zwisającym z drzewa leniwcu. Niby mamy jakiś problem z ojcem, ale szczerze? Gdyby nie nagminne użalanie się Kariny na jego temat, w życiu nie zauważyłabym tam żadnej - kolokwialnie mówiąc - spiny. Niby mamy jakąś dramę w tle, ale ma się ona do reszty jak pięść do nosa. Do tego książka pełna jest dziur logicznych i elementów rodem z fantasy - ot, dwudziestolatka z własnych oszczędności kupuje dom (serio, Karino? Zdradź nam swój tajny patent na oszczędzanie, jestem pewna, że dzięki temu zbijesz jeszcze większą fortunę -_- ). Poznaje gościa, z którym zamienia raptem dwa zdania (a raczej wyciąga z niego odpowiedzi na swoje pytania), a już za chwilę czuje łączącą ich boską niemal więź. Kael z kolei jest bodaj jednym z najbardziej irytujących męskich bohaterów książkowych. I to nie irytujących na zasadzie "och, ale z ciebie gbur, burak i prostak", ale gorzej - przez całą lekturę miałam ochotę mocno nim potrząsnąć i powiedzieć "chłopie, weźże się ogarnij". Poważnie, takiej mameły nie spotkałam już dawno.
Niemożliwie irytował mnie też styl pani Todd - rany boskie, czy to książka, czy to wattpad? W "After" aż tak bardzo tego nie odczuwałam, bo byłam mocno zaangażowana w fabułę, ale tu - gdy non stop wieje nudą - nie dało się tego nie zauważyć. Poza tym niemal do szału doprowadzały mnie krótkie, często dwustronicowe rozdziały i akcja (a raczej "akcja" -_- ), która była niemal co sekundę zatrzymywana.
Naprawdę dawno tak bardzo się nie rozczarowałam i dawno tak bardzo nie męczyłam się żadną książką. 







Widziałam masę entuzjastycznych recenzji tej książki i po dziś dzień zastanawiam się, co jest ze mną nie tak. Ani nie spłonęłam w "pożarze zmysłów", ani nie zostałam smagnięta jego ogniem.
Czy zatem polecam? Boże, nie. 
Chyba że szukacie czegoś, co skutecznie Was uśpi. Wtedy... Go, girl ;)  






















Za egzemplarz dziękuję


6 komentarzy :

  1. Ja próbowałam zacząć "After", ale nie dałam rady dalej tego czytać. Po powyższą książkę nie zamierzam sięgać i dziwię się, że tyle pozytywnych recenzji krąży w sieci. ;D

    Jools and her books

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. AFTER o dziwo lubię, bo wiele złego można o nim powiedzieć, ale na pewno nie to, że brakuje w nim emocji. A tu... Tu nie ma niczego 😄

      Usuń
  2. Nie czytałam tej książki i póki co nie mam jej w planach.

    OdpowiedzUsuń
  3. Cóż, ja z kolei po lekturze "After" obiecałam sobie, że już nigdy nie przeczytam żadnej książki tej autorki, bo to nie na moje nerwy :P Stąd też i po tę nie sięgnę.

    OdpowiedzUsuń

Każdy komentarz to kolejna cegiełka w tworzeniu tego bloga. To jak, pomożesz? ;)

Wykonała Ronnie