czwartek, 7 grudnia 2017

RECENZJA - "Żółwie aż do końca" Johna Greena





Niełatwo jest być Johnem Greenem.
Autorem, którego każda dotychczasowa książka stawała się bestsellerem i który powoli zaczyna już uchodzić za kultowego.
Niełatwo jest zmierzyć się z własną reputacją i pokonać siebie samego w walce o sławę.
John jednak, po blisko pięciu latach, podejmuje rękawicę.
Pytanie tylko - z jakim rezultatem?




Azę Holmes dręczy demon.
Nie pozwala jej normalnie żyć, zmusza do kompulsywnych, nierzadko absurdalnych zachować i izoluje od ludzi.
Pomysł Daisy, jej jedynej przyjaciółki, zakładający wznowienie znajomości Azy z Davisem, synem zaginionego milionera, wydaje się więc genialny - Holmes zyska nowego przyjaciela, Daisy tak potrzebne pieniądze i wszyscy będą szczęśliwy. Daisy lubi jednak zapominać o jednym istotnym fakcie.
Azę Holmes dręczy demon.
Demon, który mieszka w jej głowie.






Nie będę chyba oryginalna, gdy powiem, że uwielbiam "Gwiazd naszych wina", a na nową książkę Greena czekałam niemal z takim samym utęsknieniem, z jakim rokrocznie wypatruję pierwszej gwiazdki. Co jakiś czas z różnych stron dobiegały mnie co prawda głosy, że każdą powieść opiera on na jednym schemacie i w pewnym momencie można przedawkować jego historie, postanowiłam jednak przymknąć na nie oko i sprawdzić, w czym rzecz. I tak sięgnęłam po najnowsze "Żółwie...".
Werdykt? Może nie jestem oczarowana tak, jak oczarowana byłam "GNW", ale na pewno - na pewno! -  nie jestem też rozczarowana.
Aza nie jest zwykłą nastolatką. Od lat zmaga się z nerwicą natręctw i szeregiem innych, nawet niezdiagnozowanych zaburzeń. Usilnie próbuje wziąć w karby chorobę i z nią walczyć, ale ta jest - niestety- silniejsza, co Green z fotograficzną wręcz dokładnością dokumentuje. W mistrzowski i do bólu prawdziwy sposób opisuje zmagania Azy z samą sobą, z ograniczeniami, które narzuca jej choroba i to, jak odnajduje (a wręcz nie odnajduje) się w społeczeństwie. Pokazuje, jak wielkie piętno odciskają na niej dziwne nawyki i ścieżki, którymi podąża jej mózg, i z jaką trudnością nawiązuje nowe oraz utrzymuje stare znajomości. Niezupełnie podobał mi się kierunek, w którym zmierzała jej relacja z Davisem (a także to, jak ostatecznie się zakończyła), ale fakt faktem, że sceny, w których główną rolę przejmował złowrogi głos, tkwiący w głowie Azy, były porażające i przejmujące, a walka dziewczyny z jej szaleństwem - także w kontaktach z Davisem - przedstawiona na wskroś realistycznie.
Green posiada pewną niezwykłą umiejętność, za którą szalenie go cenię  - pisze o trudnych (czy wręcz bolesnych) sprawach w sposób nieprzypominający nudnych rozważań i przydługich przemyśleń, a jego refleksje, w całej swojej prostocie, uderzają w czułe strony ludzkiej duszy z subtelnością walca drogowego. Tak było kiedyś w przypadku historii Hazel i Augustusa, tak jest też teraz w opowieści o Azie i - częściowo - Davisie.
John plusuje też u mnie tytułami swoich książek - są tajemnicze i początkowo brzmią co najmniej dziwnie (bo "Żółwie aż do końca", serio? Do jakiego niby końca i dlaczego akurat żółwie?), ale po lekturze nabierają OGROMNEGO znaczenia i okazują się najlepszym z możliwych wyborów. Brawo, John! ;)
Żeby nie było, że w tej beczce miodu brakuje łyżki dziegciu -oś fabularna, którą były poszukiwania (raczej bierne, dodam) zaginionego ojca Davisa, Richarda Picketta, nie wniosła zbyt wiele do całej historii, mam wręcz wrażenie, że Green miał na nią pewien pomysł, ale im dalej brnął w historię Azy, tym bardziej się on rozmywał  i tym bardziej przestawał pasować do reszty powieści. Gdyby wyrzucić wątek Picketta seniora, a jeszcze więcej uwagi poświęcić Azie i jej relacji z otoczeniem (na przykład z matką, która nie bardzo wie, jak poradzić sobie z chorobą córki), byłoby fenomenalnie.
A tak jest jedynie... bardzo dobrze :>
Podsumowując?
Panie Green, dał Pan radę! ;)









Johna Greena nie trzeba polecać.
Nie trzeba kusić ciekawym przesłaniem, trafnymi metaforami czy na wskroś realistycznymi bohaterami. Jego książki nie muszą być reklamowane miesiącami i nie muszą być systematycznie przypominane.
Wiecie dlaczego?
Bo największą rekomendacją i gwarantem porządnej lektury jest samo jego nazwisko na woluminie.






















Za egzemplarz bardzo dziękuję wydawnictwu

20 komentarzy :

  1. Planuję przeczytać tę książkę. Jestem jej ciekawa. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Cześć :)
    Do tej pory nie zapoznałam się z żadną powieścią Greena (choć ekranizacje widziałam dwie) i jakoś do tej pory nie było siły, która by mnie do niego przekonała.
    Jednak po Twojej recenzji zastanawiam się, czy nie dać szansy "Żółwiom aż do końca". Lubię bohaterów z problemami siedzącymi we własnej głowie, może ta historia przypadnie mi do gustu? Po tej rekomendacji chyba wpiszę ją na swoją listę powieści do przeczytania.
    Pozdrawiam :)
    #CleoMCullen

    P.S. Gorąco zapraszam na kiermasz, który u siebie prowadzimy: http://zniewolone-trescia.blogspot.com/2017/12/swiateczny-kiermasz-zniewolonych.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Baaardzo się cieszę, że (choć odrobinkę!) przekonałam Cię do Greena :)

      PS. Sprawdzę :>

      Usuń
  3. Jestem bardzo ciekawa tej książki i zabieram się za nią w najbliższym czasie - będzie to moja ostatnia szansa dana Greenowi ;) Polubiłam go za "Gwiazd naszych wina" ale reszta jego książek moim zdaniem jest koszmarnie nudna, tragedia. Mam nadzieję że tym razem się nie zawiodę ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A widzisz, ja tej reszty jeszcze nie czytałam :D Mimo wszystko jestem dobrej myśli ;)

      Usuń
  4. Chcę przeczytać tę książkę! Jestem świeżo po lekturze Papierowych miast i utwierdziłam się w przekonaniu, że lubię od czsu do czasu sięgnąć po książki autora :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już wiesz, o co prosić Mikołaja :D

      Usuń
  5. Również uwielbiam GNW :D
    John Green jest moim ulubione autorem. Tą książką mnie zaintrygowałaś muszę z cała pewnością przeczytać <3

    http://weruczyta.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja niestety za Greenem nie przepadam :( Jakoś nie przekonuje mnie jego styl ani wykreowani bohaterowie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurczę, szkoda :( Mam nadzieję, że kiedyś jednak się skusisz, bo "Żółwie..." naprawdę dają radę ;)

      Usuń
  7. Ja do tego autora nie mogę się za nic przekonać. Tak bardzo jak kiedyś chciałam przeczytać jego książki, tak teraz trzymam się od nich jak najdalej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale czytałaś którąkolwiek i Ci się nie spodobała czy po prostu przeszła Ci ochota na jego książki? ;)

      Usuń
  8. W wolnej chwili się skuszę :)
    Pozdrawiam serdecznie ♥♥
    Nie oceniam po okładkach

    OdpowiedzUsuń
  9. Mam za sobą dwie powieści Greena - "Szukając Alaski" podobało mi się bardziej niż "Gwiazd naszych wina". Drugi tytuł niekoniecznie wywarł na mnie takie wrażenie, jakiego oczekiwałam. Wydaje mi się, że po tę książkę nie sięgnę, bo nie intryguje mnie sama fabuła.

    OdpowiedzUsuń
  10. No proszę, niezmiennie wchodzę do Ciebie i od razu wiem, czego nie czytać xD
    No Pani kochana, nie tknę tego kijem, choć ta nerwica natręctw mnie zachęciła, podobnie jak kiedyś bohaterka z licznymi fobiami w jednej ksiażce, ale koniec końców było to straszne dno, więc...
    Pozdrawiam ciepło :)
    Niekulturalna Kasia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahahahahahah, cieszę się zatem, że pomagam Ci oszczędzać czas :D

      Usuń

Każdy komentarz to kolejna cegiełka w tworzeniu tego bloga. To jak, pomożesz? ;)

Wykonała Ronnie