czwartek, 22 czerwca 2017

RECENZJA - "Poczatek wszystkiego" Robyn Schneider




Raz na jakiś czas na rynku wydawniczym pojawia się ona. Książka, która jest wszędzie; historia mająca być epicką; powieść, która kusi bardziej niż kostka czekolady na diecie. Jej kampania reklamowa zasługuje na medal, jej okładka cieszy czytelnicze oczy, a opis zwiastuje cudowną, pełną emocji i nieprzewidywalności przygodę.
Brzmi co najmniej epicko?
No i cóż, jest epicko. Albo raczej "epickie".
Epickie kłamstwo.



Kiedyś.
On jest złotym dzieckiem. Gra w tenisa, bywa zabawny nawet wtedy, gdy tego nie chce, a dookoła niego ustawia się wianuszek dziewcząt. Każdy go zna i każdy lubi, i każdy chce być dokładnie taki jak on. Ezra jest kimś i ma dosłownie wszystko.
Dziś.
Wychudły chłopaczyna z przydługimi włosami, jako atrybut - bynajmniej nie sławy i władzy -  dzierżący w dłoni laskę. Opuszczony przez tak zwanych przyjaciół, skazany na społeczną banicję, z przyszłością, która straciła dla niego sens i kalectwem, z którym nie potrafi sobie poradzić. Do czasu.
Bo pojawia się Ona. Nowa w szkole. Intryguje i zadziwia, a do tego... zmienia wszystko.





"Początek wszystkiego" kusił mnie dosłownie od samego początku ( :D ). Motto na okładce miało być gwarantem rewelacyjnej lektury, pełnej sensu i przemyśleń. I faktycznie poniekąd było. 
Od razu zaznaczę, że Schneider pisze niesamowicie przyjemnie i bardzo lekko - chociaż niektóre z przemyśleń (a może jej twierdzeń?) brzmią troszeczkę zbyt górnolotnie, zbyt patetycznie. Było parę momentów, w których to przez głowę przemknęła mi myśl, że nieco za bardzo chce być Johnem Greenem w spódnicy i że jest to co najmniej śmieszne, a już na pewno zupełnie niepotrzebne. 
Chociaż  Schneider tworzy w miarę ciekawe sceny i całkiem sympatycznych bohaterów, to w gruncie rzeczy nie ma pomysłu na fabułę - co niestety bardzo, bardzo rzucało się w oczy. Chciała napisać powieść z wypadkiem w tle - i w porządku, szkoda jednak, że nie potrafiła "obudować" tego jednego, znaczącego punktu innymi wydarzeniami. "Ezra miał wypadek, Ezra poznaje dziewczynę, a dziewczyna..." - w zasadzie tak można podsumować wszystko, co dzieje się w tej książce. I gdyby na tym zakończyć, to naprawdę przełknęłabym tę odrobinkę gorzką pigułkę. Byłabym nawet w stanie powiedzieć, że "Początek wszystkiego" mnie usatysfakcjonował. Wszak nie każda powieść musi zmieniać światopogląd i nie każda musi być naszą ulubioną, męczoną i zaczytywaną do ostatniej strony po kilka razy na rok, prawda? ;) Ale... Na tym - NIESTETY - się nie kończy.
Jestem zła. Tak, dobrze czytacie. Jestem zła, wkurzona i nawet trochę smutna. Bo - na wszystkich greckich bogów! - jak można zepsuć (w gruncie rzeczy) fajną książkę tak lichym zakończeniem?  Tak schematycznym, tak nudnym, tak do bólu przewidywalnym? Jak można pójść po linii najmniejszego oporu i dać czytelnikom coś tak oklepanego? Nie wspomnę już o zachowaniu Cassidy, o którym można powiedzieć naprawdę wiele, ale nie to, że było ono logiczne. A do tego sytuacja (mająca chyba być punktem kulminacyjnym?) z psem Ezry, która - z ręką na sercu - była tak bezcelowa, tak pozbawiona jakiegokolwiek sensu, dorzucona niemal na siłę, że mimo licznych prób nie potrafię zrozumieć pobudek, jakimi kierowała się Robyn Schneider w momencie jej pisania.
I tak, wciąż jestem zła. Nieziemsko zła.




 
Gdyby "Początek wszystkiego" zakończył się pięćdziesiąt stron wcześniej, poleciłabym ją każdemu fanowi opowieści w stylu Greena, Brooksa, a może nawet i - ach, zaszalejmy! - Quicka. Gdyby skończył się pięćdziesiąt stron wcześniej, bez wahania nazwałabym go jedną z lepszych (z tych w miarę lekkich, ale absolutnie nie głupich) wakacyjnych książek tego roku.
Jednak "świat nie jest instytucją zajmującą się spełnianiem życzeń", a Schneider zakończyła swoją opowieść w taki sposób i jedyne, co mogę powiedzieć to... Przeczytajcie, jeśli chcecie.
Nie nastawiajcie się jednak na fajerwerki i na to, że pod jej wpływem, na wzór Archimedesa, wrzaśniecie w kąpieli "Eureka!".






















Za egzemplarz serdecznie dziękuję wydawnictwu






Początkiem wszystkiego dla Ezry był wypadek, a dla Ciebie...?
Jak każdy student w czasie sesji namiętnie poszukuję innych zajęć niż nauka, więc z ogromną przyjemnością przeczytam Twoją, i Twoją (i Twoją też) historię :)


PS. Moondrive ma dla Was konkurs, w którym do wygrania jest aż 100 egzemplarzy powieści, chyba jest o co grać, prawda? ;)  --> http://bit.ly/100KsiążekDoWygrania



22 komentarze :

  1. Ostatnio tyle słyszę o tej książce, ze chyba będę musiał ją przeczytać, ale sam nie wiem kiedy raczej nie w wakacje ;/

    http://maasonpl.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ej, ale wakacje to idealny czas na nią 😊

      Usuń
  2. Ja mimo wszystko chcę ją przeczytać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może inaczej odbierzesz zakończenie i bardziej Ci się spodoba ;)

      Usuń
  3. "kusi bardziej niż kostka czekolady na diecie" - kocham ;) chociaż na diecie kostka czekolady mnie nie kusi, to musi być przynajmniej paseczek...
    No kurcze, ale masz rację. Czego to nie robi odpowiedni marketing. Sama dałam się skusić i pewnie niedługo ją przeczytam. Trochę ostudziłaś mój zapał, ale to będzie dla mnie zdrowe. Także dziękuję :D Przykro z powodu niefajnego zakończenia ;(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahah, racja! :D A najbardziej to trzy paseczki, ewentualnie pięć 😄

      Usuń
  4. Czytałam i bardzo mi się podobała. Lekka, przyjemna lektura :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Trochę mnie martwi to zakończenie, ale i tak jestem ciekawa tego tytułu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przeczytaj, może akurat Ciebie tak ono nie zirytuje ;)

      Usuń
  6. Tak się spodziewałam, że ta książka aż tak genialna nie jest. xd Chociaż chyba i tak ją kiedyś przeczytam. :D Trochę się obawiam tego zakończenia, o którym wspomniałaś. :(
    Jools and her books

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No nie jest, niestety 🙁 Gdyby nie to zakończenie, to byłaby może nie genialna, ale na pewno bardzo przyjemna.

      Usuń
  7. Nic dla mnie. Kompletnie. Przekonałam się o tym zwłaszcza, gdy poleciłaś ją fanom Greena. Nie lubimy się z Zielonym, oj nie.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja akurat jestem oczarowana tą książką :D A raczej przekazem jaki w niej wyłapałam. Kampania reklamowa rzeczywiście była niezła, bo gdzie nie spojrzałaś, tam mogłaś zobaczyć ,,Początek Wszystkiego'' ;d Ale tak to z młodzieżówkami bywa, mało która przypada do gustu większości czytelnikom :D
    Pozdrawiam cieplutko!
    P.S. Główny obrazek na początku posta jest świetny ♥

    Obsession With Books

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i widzisz, super, że Ci się spodobała i fajnie, że wzbudza tak różne emocje i zbiera różne opinie - nie jest byle jaka i miałka, a to najważniejsze 😊

      Usuń
  9. Kurka, aż tak złe zakończenie? Trochę szkoda, bo ta książka wydawał się obiecująca. W sumie, jako ogromna fanka zarówno Johna Greena, jak i Matthew Quicka, raczej będę się już trzymała od niej z daleka, bo trochę przestraszyłaś mnie tym, że Robin Schneider próbuje na siłę być którymś z nich. Już kilka razy spotkałam się z takim udawaniem Greena i nigdy nie kończyło się to u mnie dobrze - mam na myśli na przykład Davida Levithana, którego do dziś nie mogę się przekonać. :/

    Pozdrowienia i buziaki!
    BOOKS OF SOULS

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak dla mnie było tragiczne, takie wręcz na odwal się :/
      Nie czytałam jeszcze książek Levithana, ale nie sądzę, bym szybko to nadrobiła 😄

      Usuń
  10. Lubię takie recenzje! Od razu wiem, że nie sięgnę po tą książkę i nie stracę czasu!
    Co do marketingu tego tytułu, to racja, jest świetny!

    Ostatnio czytałam podobnie promowaną książkę "Kochając Pabla, Nienawidząc Escobara". Rzuciłam się na nią, bo uwielbiam literaturę faktu. Przeżyłam ogromne rozczarowanie. Niestety, ale im więcej pieniędzy ma wydawnictwo, tym bardziej promuje swoje tytuły. Niekoniecznie dobre ;)

    Pozdrawiam, Iza z www.CzytanieRozwija.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :)
      O popatrz, chciałam przeczytać tę książkę! :o Dobrze, że wspomniałaś, że nie jest tak świetna ;)

      Usuń

Każdy komentarz to kolejna cegiełka w tworzeniu tego bloga. To jak, pomożesz? ;)

Wykonała Ronnie