poniedziałek, 17 lipca 2017

RECENZJA - "Franco" Kim Holden




Co zrobić, gdy napisało się bestseller?
Książkę, na punkcie której oszalały tłumy; która zainspirowała gro osób do zmiany i na stałe zagościła w ich sercach?
To proste. Napisać kolejną książkę, oczywiście osadzoną w świecie swego hitu, z bohaterami, których każdy już zna i liczyć na to, że historia zatoczy koło, a nasza nowa powieść szturmem zawojuje rynek. Tak zrobiła Jojo Moyes (i całkiem nieźle na tym wyszła) i to samo uczyniła Kim Holden, której "Promyczek" doprowadził do zbiorowej histerii nie tylko młode dziewczęta. I chociaż naprawdę lubię debiutancką książkę Holden; chociaż wylałam przy "Promyczku" nie morza, a oceany łez i chociaż ogromnie doceniam to, co autorka chciała przekazać czytelnikom, to uważam, że wszystko ma swoje granice, a wyciskanie do cna jednej tylko opowieści niekoniecznie jest dobrym pomysłem.
Każda, nawet genialna, historia musi się kiedyś zakończyć.
Problem w tym, że nie każdy o tym pamięta. 






Franco Genovese ma wszystko, czego mężczyzna mógłby oczekiwać od życia. Jest przystojny niczym młody bóg, ma zdrowie, pieniądze, piszczące na jego widok fanki i zajęcie, które kocha. Razem z przyjaciółmi za dnia gra w zdobywającym coraz większą sławę zespole, a wieczorami świetnie bawi się w pubach (i klubach). W czasie jednego z takich wyjść ratuje z opresji rudowłosą Gemmę i od razu wie, że nie będzie to zwykła znajomość. Dziewczyna intryguje go i przyciąga niczym magnes, do tego stopnia, że Franco bardzo szybko podejmuje pewną ważną decyzję, która na zawsze może zmienić jego życie.
Nie wszystko jednak można zaplanować, a niektóre przeszkody bywają nie do pokonania.





Jestem zawiedziona.
Zawiedziona, rozczarowana, a już na pewno nie oczarowana. Uwielbiam Promyczka i nieustannie uważam, że Kate Sedgwick to jedna z najlepszych i najsympatyczniejszych książkowych bohaterek, ale przedłużanie w nieskończoność jej historii (czy nawet opieranie na niej innych) jest zupełnie niepotrzebne. Już  GUS mocno odbiegał poziomem od pierwszej książki o/z Kate,  ale  "Franco" został całkowicie odarty z magii, którą tak skrupulatnie wcześniej utkała Holden. To po prostu kolejna historia z nurtu New Adult, których pełno jest na rynku. Nie jest ani odkrywcza, ani rewelacyjna, a już z pewnością nie zapadnie nikomu w pamięć tak, jak miał okazję zrobić to "Promyczek".  Franco to do bólu klasyczny bohater powieści skierowanych głównie ku młodym kobietom; to chłopak na wskroś idealny, który ma za zadanie ucieszyć czytelniczki i przywrócić im wiarę w miłość. Jest przystojny, dowcipny, uroczy, ma wielkie serce i kocha uczuciem, które opisują w bajkach. Jest idealny i równie nierealny.
Na plus zasługuje relacja chłopaka z Gusem, jego przyjacielem - tak naprawdę ich wspólne sceny to jedyne momenty, które były w stanie wywołać na mojej twarzy uśmiech i które wzbudziły we mnie jakiekolwiek emocje.  Gemma... Gemma miała być charakterystyczna. Miała być pełna pasji, szalona, odważna i niebanalna, a tak naprawdę niczym się nie wyróżnia i idę o zakład, że za cztery, pięć dni nawet nie będę potrafiła przypomnieć sobie jej imienia. Jednak tym, co najbardziej mi przeszkadzało i okropnie nie pasowało do Holden; tym, co sprawiło, że "Franco" jest zwykłym - a do tego, nie będę Was oszukiwać, naiwnym - czytadłem, jest sposób, w jaki  Kim poprowadziła związek Gemmy i Franco. No na wszystkich bogów olimpijskich i Percy'ego Jacksona, Kim, naprawdę??! Przywykłam już do tego, że w New Adult nie trzeba długo czekać na stworzenie związku i że wszystko dzieje się tam w tempie iście ekspresowym, ale moi drodzy, "Franco" zawstydziłby samego Speedy Gonzalesa. Akcja toczy się na przestrzeni jednego zaledwie roku (a może i krócej?), a postępy poczynione przez naszych bohaterów w prawdziwym życiu najczęściej zajmują grube lata. I może nie stąpam zbyt twardo po ziemi, może trochę za bardzo wierzę w bajki, ale mimo wszystko nie lubię czytać tak naiwnych, tak totalnie oderwanych od życia historii, które z realizmem mają niewiele wspólnego.
A nawet jeśli bym je lubiła, to od tego jest gatunek zwany "fantastyką", z którym wspomniane wyżej New Adult nie ma nic wspólnego.
A przynajmniej nie powinno.





Gdybym miała stwierdzić czy "Franco" jest powieścią godną polecenia to miałabym z tym nie lada problem. Nie jest beznadziejny, nie jest szczególnie nudny i nie jest głupi, ale zdecydowanie nie jest też czymś, co wyróżnia się na tle innych historii z tego gatunku. To książka na tzw. "raz", do przeczytania i niemal natychmiastowego zapomnienia. I chyba w tym tkwi problem.
Oczekiwałam czegoś na miarę "Promyczka", czegoś, co zmieni mój światopogląd i czegoś, do czego chętnie będę wracać i  często cytować.
Oczekiwałam po prostu zbyt wiele.





















18 komentarzy :

  1. A mnie ta książka bardzo się podobała :D

    Zabookowany świat Pauli

    OdpowiedzUsuń
  2. Wielu czytelników po przeczytaniu bardzo dobrej książki, chciałoby znać dalsze losy jej bohaterów, dlatego autorzy piszą ich kontynuację, aby zadowolić odbiorce. Jednak bardzo często wychodzi to tak, jak w przypadku "Promyczka".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mam nic przeciwko pisaniu kontynuacji, tyle tylko że przychodzi moment, w którym trzeba powiedzieć "stop", a niektórzy go nie dostrzegają :/ Kontynuacja "Zanim się pojawiłeś" bardzo mi się podobała, ale zapowiedź trzeciej części wzbudza już mój niepokój, bo to zdecydowanie jest moment, w którym Moyes powinna już skończyć :/

      Usuń
  3. A ja jeszcze nie przeczytałam słynnego "Promyczka". xd Szczerze? Nie zdziwiła mnie Twoja recenzja, gdyż naprawdę sporo osób zawiodło się tą powieścią. ;/
    Jools and her books

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serio? :o Szczerze mówiąc nie czytałam/nie słyszałam opinii innych osób, ale teraz chętnie to zmienię 😄
      A "Promyczka" naprawdę polecam 😊

      Usuń
  4. A ja nie znoszę Promyczka i uważam, że to jedna z bardziej przereklamowanych i średnich książek ostatnich lat. Także po tę też nie sięgnę :( Ale masz rację - trzeba wiedzieć, kiedy powiedzieć "stop". Niestety pisarze często nie znają granicy i wychodzą potem właśnie takie cosie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, wiem 😄 Nawet gdybyś lubiła "Promyczka" to nie ośmieliłabym się polecać Ci "Franco", bo na sto procent by Ci się nie spodobał ;)

      Usuń
  5. Muszę przeczytać "Promyczka" bo wiele osób poleca tę książkę. Za "Franco" nie mam zamiar się zabierać po twojej recenzji. Mam już dość takich historyjek.

    http://weruczyta.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I dobrze! :>
      A "Promyczka" musisz koniecznie przeczytać, baaaaardzo mi się podobał ;)

      Usuń
  6. Ja się skuszę, mimo wszystko, bo już mam tę książkę na półce. Jednak musi czekać na swoją kolej... długo musi czekać na swoją kolej 😁

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem ciekawa Twojej opinii o niej 😊
      Ach, te kolejki do czytania... Skąd ja to znam 😄

      Usuń
  7. Mnie już sam Promyczek jakoś od siebie odpycha, więc skoro dalej jest gorzej, to tym bardziej po kolejne tomy nie sięgnę. Dam za to szansę "O wiele więcej", bo mnie zaciekawiło. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "O wiele więcej" jest zdecydowanie mniej naładowana emocjami niż "Promyczek", ale całkiem przyjemnie się ją czyta ;)

      Usuń
  8. Lubię Kim Holden, więc z przyjemnością zabiorę się za trzeci tom tej serii (zwłaszcza, że mam go już na półce i chciałam przeczytać od naprawdę dawna).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że nie rozczarujesz się tak jak ja.

      Usuń
  9. Ja też niestety się rozczarowałam. Spodziewałam się czegoś innego. Niestety Kim Holden nie należy do moich ulubionych autorek :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :(
      A widzisz, ja ją właśnie bardzo polubiłam po pierwszej książce, niestety im dalej, tym widzę w niej coraz więcej wad :/

      Usuń

Każdy komentarz to kolejna cegiełka w tworzeniu tego bloga. To jak, pomożesz? ;)

Wykonała Ronnie