poniedziałek, 5 kwietnia 2021

RECENZJA - "Teraz i na zawsze" Rachel Lippincott i Mikki Daughtry



Mam dużą słabość do dobrych książkowych opisów. A gdy do tego dochodzi jeszcze przepiękna okładka - jestem kupiona i nie zważając na nic sięgam po tak genialnie zapowiadającą się książkę.
Tak też było w przypadku "Teraz i na zawsze", najnowszej powieści autorek głośnych "Trzech kroków od siebie" - zachwycił mnie opis, zauroczyła okładka.
Zapomniałam jednak o haczyku.
O tym, żeby nie oceniać książki po okładce.
I o tym, że - niestety! - opisy potrafią być lepsze niźli sama powieść.




Kyle i Kimberly - rozgrywający i jego chearleederka. Oboje idealni, zakochani, piękni, szczęśliwi.
A przynajmniej do czasu - wieczorem, po balu na zakończenie szkoły, Kyle słyszy od Kimberly trochę gorzkich słów prawdy, co prowadzi do tragicznego w skutkach wypadku. Ona ginie, a on - z licznymi obrażeniami i poczuciem straty - musi nauczyć się żyć na nowo.
I kiedy wydaje się, że życie straciło sens i nie zostało mu nic prócz smutku, dzieje się coś nieoczekiwanego - Kyle spotyka Marley. Tajemniczą dziewczynę, która dźwiga na plecach ogromne brzemię i poczucie winy. Dziewczynę, która pomimo własnych problemów wnosi w świat Kyle radość i nadzieję.
A potem...
Potem wszystko znów się komplikuje.






Mam duży problem z tą książką. Poważnie.
Nie jestem w stanie jednoznacznie stwierdzić, że jest to chłam, ale nie jestem też w stanie gorąco zachęcać Was, byście po nią sięgnęli.
Cóż więc mam powiedzieć? Że chyba średnio przemawia do mnie idea przerabiania scenariusza na powieść czy że w ogóle nie przemawia to do mnie w wykonaniu tego duetu? Że mam alergię na sztampowych i miałkich bohaterów, ale doceniam dobry plot twist?
Bardzo przeszkadzała mi byle jaka kreacja bohaterów. Kyle - bo jakżeby inaczej - to szkolny rozgrywający z kontuzją, która zniszczyła mu życie. O Kimberly wiemy w zasadzie tylko tyle, że kocha(ła) Kyle'a i że jest cheerleaderką. Sam? Ha. Powiem tylko: ona, on i drugi on - czym to śmierdzi? Z kolei Marley... Marley jest obecna wyłącznie wtedy, gdy orbituje wokół Kyle'a. Okazjonalnie pojawia się mama głównego bohatera i jego neurochirurg, ale o tych postaciach nie wiemy już niczego. Jest przewidywalnie, jest buro i na tyle słabo, że żadna z tych postaci nie wzbudza w czytelniku jakichkolwiek głębszych uczuć, o sympatii już nawet nie wspominając.
Co do fabuły... "Kyle stracił w wypadku dziewczynę i Kyle cierpi. Kyle spotkał Marley i po miesiącu wie, że ją kocha. Kyle wciąż cierpi" - tak można by ją opisać. Dobre 200 pierwszych stron jest w zasadzie o niczym. Lwia część książki nudzi, więc późniejszy zwrot akcji faktycznie zaskakuje i ożywia czytelnika - i nie ukrywam, w tym miejscu czułam, że historia ta ma potencjał i że nie wszystko jeszcze stracone. Niestety - im dalej w las, tym dziwniej się robiło. Autorki ostro popłynęły i z młodzieżówki uczyniły baśń, a z rozkwitającej znajomości miłość zapisaną w gwiazdach. Jawa mieszała się ze snem, a ja nie wiedziałam czy być zażenowaną realizmem tej powieści czy jednak dać się porwać i popłynąć z nurtem fantazji autorek.
Ostatecznie książkę lekko wymęczyłam i dziś mam już pewność, że nie dość, że nigdy więcej po nią nie sięgnę, to na dodatek za kilka dni nawet nie będę o niej pamiętać.






"Teraz i na zawsze" wbrew okładkowym zapewnieniom nie jest powieścią dobrą dla przyzwyczajonych do emocjonalnego rollercoastera fanów Johna Greena. Nie jest powieścią, która oczaruje co starszych czytelników - choć tych młodszych i spragnionych wielkiej bajkowej miłości już może.
Jeśli więc szukacie młodzieżówki z romansem na pierwszym planie, którą (być może) będziecie mieli szansę obejrzeć w wersji serialowej/ filmowej to jest to książka dla Was.
Jeśli jednak oczekujecie wzruszeń i wielkich emocji - na Waszym miejscu szukałabym dalej ;)














Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu



Brak komentarzy :

Publikowanie komentarza

Każdy komentarz to kolejna cegiełka w tworzeniu tego bloga. To jak, pomożesz? ;)

Wykonała Ronnie