Stwierdziłam więc, że poczekam na wznowienie, wszak na fali rosnącej popularności Moyes miało to być kwestią czasu.
Byłam jednak w błędzie.
Finalnie na "Zakazany owoc" czekałam prawie 8 lat.
Czy było warto?
No jasne ;)
Letnie miesiące to idealna pora na czytanie obyczajówek z romansem w tle. Sama w myśl zasady "ciepło na zewnątrz to i ciepło w sercu" pasjami czytam wówczas romanse i romansidła; rozkoszuję się nieskomplikowaną fabułą i przyjemnymi bohaterami.
Co jednak, gdy zamiast lekkiego romansu (którego wszak się spodziewamy!) dostajemy całkiem niezłą książkę o kryzysie tożsamości z miłym - i solidnym - romantycznym wątkiem?
Tak właśnie było w przypadku mojej "znajomości" z "Beach read" Emily Henry.
Nie było to tak lekkie jak się spodziewałam, ale - o dziwo! - nie było też złe.
Zaintrygowani? ;)
Erotyków unikam jak ognia.
Nie lubię, zwykle nie czytam - fabuły tam tyle co kot napłakał, za to grafomańskiego kunsztu cała masa.
Jednak "Dwa tygodnie i jedna noc" , książka Whitney G., mnie zaintrygowała.
Okładkowy opis zwiastował całkiem miłe czytadło, a i o samej autorce naczytałam się sporo dobrego.
Postanowiłam więc dać tej powieści szansę.
I powiem Wam, że - o dziwo! - całkiem miło spędziłam z nią czas.
Mam dużą słabość do dobrych książkowych opisów. A gdy do tego dochodzi jeszcze przepiękna okładka - jestem kupiona i nie zważając na nic sięgam po tak genialnie zapowiadającą się książkę.
Tak też było w przypadku "Teraz i na zawsze", najnowszej powieści autorek głośnych "Trzech kroków od siebie" - zachwycił mnie opis, zauroczyła okładka.
Zapomniałam jednak o haczyku.
O tym, żeby nie oceniać książki po okładce.
I o tym, że - niestety! - opisy potrafią być lepsze niźli sama powieść.











