wtorek, 15 czerwca 2021

RECENZJA - "Beach read" Emily Henry



Letnie miesiące to idealna pora na czytanie obyczajówek z romansem w tle. Sama w myśl zasady "ciepło na zewnątrz to i ciepło w sercu" pasjami czytam wówczas romanse i romansidła; rozkoszuję się nieskomplikowaną fabułą i przyjemnymi bohaterami.
Co jednak, gdy zamiast lekkiego romansu (którego wszak się spodziewamy!) dostajemy całkiem niezłą książkę o kryzysie tożsamości z miłym - i solidnym - romantycznym wątkiem?
Tak właśnie było w przypadku mojej "znajomości" z "Beach read" Emily Henry.
Nie było to tak lekkie jak się spodziewałam, ale - o dziwo! - nie było też złe.
Zaintrygowani? ;)


January zawodowo pisuje romanse. Problem w tym, że za sprawą występku ojca cały jej świat w jednej chwili runął niczym domek z kart, a wszystko, w co dotąd wierzyła, obraca się w pył.
January przestaje wierzyć w miłość, a już zwłaszcza w szczęśliwe zakończenia - i jak tu pisać romansidła?
Augustus z kolei nigdy nie wierzył w historie rodem z bajki. To poważny twórca; dość poczytny autor, którego jednak dopada kryzys twórczy i który na dodatek okazuje się tymczasowym sąsiadem January.
Ona i on.
Księżniczka i zgorzkniały melancholik.
Dzieli ich wszystko; łączy - niemoc twórcza.
Za sprawą szalonego pomysłu pada wyzwanie, efektem czego rozpoczyna się o wyścig o to, kto pierwszy sprzeda swą nową powieść.
Wyścig, który być może wywróci ich świat do góry nogami...





Na początku musimy sobie co wyjaśnić. "Beach read" - choć idealnie sprawdzi się jako lektura towarzysząca nam podczas leżakowania w hamaku - na pewno nie jest książką lekką i na raz. To nie jest typowe romansidło, w którym przystojny adonis zarzuca wybrankę serca na grzbiet swojego rumaka, po czym galopują wspólnie ku zachodzącemu słońcu. To powieść o kryzysie tożsamości, o poszukiwaniu siebie w świecie, którego już chyba nie znamy. To opowieść o żałobie i ogromnym żalu, którego nie ma już z kim skonfrontować.
To historia dwojga ludzi, którzy zmuszeni są na nowo wskrzesić w sobie iskrę i obudzić wenę, by w końcu móc zacząć tworzyć.
I właśnie za ukazanie pisania jako procesu, a bycia autorem jako często żmudnej i trudnej pracy, Emily Henry należą się ogromne brawa. Wspaniale było móc poznać tę profesję niemal od podszewki; wspaniale było czytać o tym, jak powstają książki - tym bardziej, że takich powieści (nie poradników!) jest jak na lekarstwo.
"Beach read", pomimo często poruszanych tam trudnych tematów, czytało się naprawdę dobrze, choć w pewnym momencie dość mocno zaczęli mnie irytować bohaterowie - January od czasu do czasu bawiła się w kapryśną nastolatkę ("no nie powiem mu, o co chodzi", "obrażę się!", "wybuchnę płaczem, a co!"), Gus z kolei chwilami bywał już nudny i męczący z tą swoją postawą w stylu "nie jestem na tyle dobry, by....<i tu wstaw dowolne słowo>".
Poza tym lekko przeszkadzało mi tempo, w jakim rozwijała się relacja naszych bohaterów - bo poważnie, w trzy miesiące przechodzimy z "wrrrrr!" do serduszek zamiast źrenic w oczach?
Niezupełnie jestem również przekonana do zakończenia - rany, ależ to było cukierkowe!
Chociaż... może takie być miało?
Wszak to "beach read" ;)




"Beach read" to dobra i naprawdę porządnie napisana książka, która ma szansę zachwycić całe gro odbiorców.
Jest treściwie, jest romantycznie, jest o pisaniu.
Czegóż chcieć więcej? ;)











Za egzemplarz dziękuję księgarni "Tania książka"
Książkowe wieczory u Katji: Współpraca z Księgarnią Internetową Tania  Książka




"Beach read" kupicie w księgarni TaniaKsiazka.pl , być może przy okazji łowów w oko wpadnie Wam też inny  bestseller ;)





2 komentarze :

  1. A ja niedawno usłyszałam o tej książce pierwszy raz i odniosłam wrażenie, że to takie lekkie i przyjemne letnie czytadełko bez większego przesłania. Widzę, że byłam w błędzie. Może dam książce szansę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widzisz, myślałam identycznie.
      Sam tytuł i okładka też trochę sugerują takie mocno lekkie czytadło.

      Usuń

Każdy komentarz to kolejna cegiełka w tworzeniu tego bloga. To jak, pomożesz? ;)

Wykonała Ronnie