niedziela, 5 września 2021

RECENZJA - "Sto lat Lenni i Margot" Marianne Cronin

 


Lubię książki, które chwytają za serce.
Które mocno angażują w fabułę; których bohaterowie stają się dla nas, czytelników, dobrymi znajomymi, a czasem i przyjaciółmi. 
Lubię książki, z którymi trudno jest się rozstać i które zostawiają po sobie ślad.
Taką właśnie powieścią miało być "Sto lat Lenni i Margot", debiutanckie dzieło Marianne Cronin.
Okładkowy opis wręcz gwarantował emocjonalny rollercoaster i studnię wylanych łez. 
Czy jednak tak było?
No niestety, niezupełnie.





"Życie jest krótkie – nikt nie wie tego lepiej od siedemnastoletniej Lenni Pettersson, przebywającej na oddziale szpitalnym dla nieuleczalnie chorych. Pielęgniarki gotowe są już składać kondolencje, ale Lenni ma jeszcze wiele do zrobienia.
Kiedy spotyka Margot Macrae, osiemdziesięciotrzyletnią pacjentkę, która oferuje jej przyjaźń, życie Lenni nabiera intensywności, jakiej nigdy nawet nie przeczuwała. Uzdolniona artystycznie Margot, buntowniczka w fioletowej piżamie, zmienia sposób patrzenia Lenni na świat. Wspólnie postanawiają namalować sto obrazów przedstawiających historię ich życia – sto, bo tyle lat mają razem. Powstają opowieści o miłości i stracie, o odwadze, niezrozumieniu i pojednaniu, o czułości i radości – opowieści, które prowadzą Lenni i Margot do kresu ich dni"*




Motyw przyjaźni dziecka/nastolatka z dużo starszą osobą pojawił się już w literaturze - pamiętacie "Oskara i panią Różę" Erica-Emmanuela Schmitta? O ile jednak opowieść Schmitta stała się pozycją obowiązkową w bibliotece każdego czytelnika, o tyle debiut Marianne Cronin tej szansy mieć raczej nie będzie.
Czy oznacza to jednak, że "Sto lat Lenni i Margot" to zła książka? 
Absolutnie nie ;) Mimo że traktuje o temacie ciężkim i bolesnym, robi to w sposób mało depresyjny.
Subtelnie prowadzi nas przez meandry życia Margot i Lenni, i powoli przygotowuje do tego, co nieuchronne. 
Nie brakuje tu wzruszeń - scena pożegnania ojca z córką czy Margot z pewną bliską jej sercu osobą sprawiły, że niemal pękło mi serce. Nie brakuje również scen rodem z niezłej komedii, zwłaszcza w wykonaniu chorej siedemnastolatki i jej przyjaciela księdza.
Całość wzrusza, momentami bawi, a przede wszystkim uczy jak przeżyć życie, by niczego później nie żałować. 
Nie jest jednak idealnie - w mojej ocenie Cronin niesprawiedliwie podzieliła "czas antenowy" między obie bohaterki. Im dalej w fabułę, tym mniej Lenni, a więcej Margot. Ja rozumiem, że więcej lat to więcej potencjalnych historii, ale poważnie? Mam ogromny niedosyt jeśli chodzi o postać Lenni.
Naprawdę można było z tego wyciągnąć znacznie więcej, bo potencjał bohaterka ta miała ogromny.
Ponadto choć początek powieści okazał się fantastyczny i bardzo ciekawy, o tyle dalej zaczęło się robić męcząco. Akcja dramatycznie zwolniła, skupiono się na samej Margot, której to opowieści zaczęły być zwyczajnie nużące. 
Szkoda, bo można było z tego stworzyć małe arcydzieło ;)





"Sto lat Lenni i Margot" z pozoru jest książką o umieraniu. W gruncie rzeczy jednak to świetna lekcja wykorzystywania wszystkich okazji, jakie pojawiają się w naszym życiu. To opowieść o tym, że warto żyć chwilą i tak, by nie żałować, że nigdy się nie spróbowało. 
Czy więc polecam?
Pomimo kilku mankamentów... Jak najbardziej ;)




* opis pochodzi od wydawcy


















Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu



2 komentarze :

Każdy komentarz to kolejna cegiełka w tworzeniu tego bloga. To jak, pomożesz? ;)

Wykonała Ronnie