Stwierdziłam więc, że poczekam na wznowienie, wszak na fali rosnącej popularności Moyes miało to być kwestią czasu.
Byłam jednak w błędzie.
Finalnie na "Zakazany owoc" czekałam prawie 8 lat.
Czy było warto?
No jasne ;)
Letnie miesiące to idealna pora na czytanie obyczajówek z romansem w tle. Sama w myśl zasady "ciepło na zewnątrz to i ciepło w sercu" pasjami czytam wówczas romanse i romansidła; rozkoszuję się nieskomplikowaną fabułą i przyjemnymi bohaterami.
Co jednak, gdy zamiast lekkiego romansu (którego wszak się spodziewamy!) dostajemy całkiem niezłą książkę o kryzysie tożsamości z miłym - i solidnym - romantycznym wątkiem?
Tak właśnie było w przypadku mojej "znajomości" z "Beach read" Emily Henry.
Nie było to tak lekkie jak się spodziewałam, ale - o dziwo! - nie było też złe.
Zaintrygowani? ;)
Czy tylko ja wciąż - pomimo tego, że szkołę skończyłam x lat temu - letnie miesiące biorę za okres wakacyjny? ;) I choć wcale nie mam w tym czasie większej ilości czasu wolnego niż, dajmy na to, w październiku, to i tak rok w rok czynię solidne plany czytelnicze na ten specjalny okres.
A jeśli już układamy TBR, to warto wiedzieć, co w nowinkach książkowych piszczy.
Wszak kto by tam wyczytywał zaległe stosy... :D
Gotowi na letnie oczekiwajki? ;)
Erotyków unikam jak ognia.
Nie lubię, zwykle nie czytam - fabuły tam tyle co kot napłakał, za to grafomańskiego kunsztu cała masa.
Jednak "Dwa tygodnie i jedna noc" , książka Whitney G., mnie zaintrygowała.
Okładkowy opis zwiastował całkiem miłe czytadło, a i o samej autorce naczytałam się sporo dobrego.
Postanowiłam więc dać tej powieści szansę.
I powiem Wam, że - o dziwo! - całkiem miło spędziłam z nią czas.